Serdecznie witamy na stronie Parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Lęborku.

Nasza parafia została erygowana 1 lipca 1994 roku przez Jego Ekscelencję Księdza Biskupa Prof. Dr hab. Jana Bernarda Szlagę.

15 listopada 2009 roku o godzinie 12.00 odprawiono w naszym ko­ściele parafialnym mszę św. w intencji górników których wcielono do Wojskowych Batalionów Górniczych.

 

Mszy przewodni­czył ks. proboszcz Tomasz Król, oraz ks. Józef i ks. prałat Franciszek Fomela

z Bożego Pola.

 

     We mszy uczestniczyli byli żołnierze batalionów pracy, oraz Senator Kazimierz Klejna,

Poseł Witold Namyślak, Wice Starosta Powiatu Wiktor Tyburski, Burmistrz Miasta Włodzimierz Klata,

delegacje z Słupska, Wejherowa i Bytowa, delegacja Kombatantów, związek Sybiraków, radni miasta

Lęborka oraz kompania Wojska Polskiego.

     Po przywitaniu wszystkich zebranych ks. proboszcz przedstawił zarys historyczny powstania

Wojskowych Batalionów Górniczych.

     Po mszy złożono wiązanki kwiatów pod pamiątkową tablicą poświę­coną represjonowanym

żołnierzom górnikom, którzy przymusowo pracowali i ginęli w kopalniach węgla kamiennego, rud uranu i kamieniołomach w latach 1949 – 1959.

 

Niewolnicze bataliony

Przewodnik Katolicki autor: Mateusz Wyrwich

        Ledwie skończyła się druga wojna światowa, a już polscy komuniści zajęli się grabieżą kraju.

W zamian za daną im władzę podpisywali ze Związkiem Sowieckim korzystne dla nich kontrakty.

        Jednym z pakietów były umowy o dostarczeniu węgla.Sowieci płacili nam za jedną tonę tego

cennego wówczas paliwa - jednego dolara. Co nawet nie pokrywało transportu owej tony. Inna z umów 

dotyczyła eksploatacji polskich złóż uranu.Polscy komuniści, korzystając z sowieckich wzorców, zapędzili

do pracy w kopalniach najpierw jeńców wojennych. W miarę ich zwalniania (1947-1949) kopalnie zaludniły się polskimi więźniami, skazanymi decyzją administracyjną na kilkuletnie pobyty w obozach pracy na terenie Polski. O tym, kto otrzymywał taki wyrok, decydowały wcześniejsze decyzje urzędów bezpieczeństwa publicznego.

        W 1949 roku komunistyczne władze wojskowe powołały bataliony górnicze, opatrując je nazwą:"zastępcza służba woj­skowa".  I po raz kolejny kłamliwie informowano społeczeństwo, że do batalionów powoływani są ochotnicy, albo ci, którzy nie chcieli służyć w regularnych jednostkach wojskowych.  Kto naprawdę miał trafiać, i trafiał, do batalionów, precyzował tajny rozkaz ministra

obrony nr 00-8, 01.02.1951: "[...] Do służby należy kierować pobo­rowych pochodzących ze środowisk bogaczy wiejskich, wywłasz­czonych obszarników, kupców, właścicieli  przedsiębiorstw przemy­słowych

zatrudniających siły najemne, właścicieli większych nieru­chomości miejskich oraz synów byłych funkcjonariuszy bezpośred­niego aparatu ucisku reżimu przedwrześniowego. Poborowych, któ­rzy

według opinii organów bezpieczeństwa publicznego są wrogo ustosunkowani do obecnej rzeczywistości.

Poborowych, których ro­dzice, rodzeństwo lub żona byli karani przez organa Polski Ludowej za przestępstwa polityczne.[...] Poborowych, którzy utrzymywali kontakty z członkami najbliższej rodziny pozostającymi w krajach kapitalistycznych i zajmującymi wrogą postawę wobec Polski Ludo­wej".

       Rząd komunistyczny zobowiązał się do dostarczenia Sowietom rud uranu z dolnośląskich kopalni

Początkowo w tych wyjąt­kowo niebezpiecznych dla zdrowia kopalniach zatrudniano jeńców, ale już w 1948 roku rozpoczęło się ich masowe zwalnianie. Utwo­rzono w wojsku specjalne bataliony górnicze dla "uranowców": dziesiąty i jedenasty. Poborowych kierowały do nich urzędy bezpie­czeństwa i Informacja Wojskowa. Szesnastolatek Waldemar Rysiński jako ochotnik chciał iść do artylerii. Niespodziewanie znalazł się w jednostce obsługującej kopalnię uranu. Dopatrzono się, że Rysiński "nie jest klasowy". W latach dwudziestych bowiem jego dziadkowie prowadzili sklep w Warszawie. "Ochotnik" przez trzy lata kopał rudę uranu. - Kazano nam przysięgać na wierność Związkowi Sowieckiemu i partyjnemu sztan­darowi kopalni uranu - wspomina Rysiński. - Praca w kopalni trwała po dwanaście godzin. Nie pamiętam też, bym kiedykolwiek był naje­dzony.

 

         Józef Giemza w końcu lat czterdziestych został powołany do wojska w Węgorzewie. Po pół roku

nienagannej służby znalazł się w jednostce w Kowarach. Poborowy Giemza dopiero po latach dowie­dział się, że posłany został do kopania uranu, ponieważ miał rodzinę we Francji. - Nie można było pisać, że pracuję w jakiejkolwiek ko­palni - wspomina. Wszystko, co działo się na terenie jednostki i w pracy, musieliśmy zachować w absolutnej tajemnicy.Pilnowali nas Rosjanie. Pod ubraniami roboczymi mieli swoje mundury i broń.Byliśmy dla nich niewolnikami i tak nas traktowano. Wyniesienie czegokolwiek z terenu kopalni, kamyczka wielkości łebka od szpilki, karano wywozem na Syberię.  Przekonał się o tym Janusz Śliwiński, który "uranową służbę" w Kowarach rozpoczął w 1948 roku. Pierw­szego tygodnia pracy zauroczył go zielono złoty kamień, który wziął za opal. Wyniósł go za zgodą majstra i sowieckiego oficera. Po przyjściu z pracy położył kawałek zielonej kopaliny na futrynie okiennej. Jedni koledzy radzili oddać kamień dowódcy,inni propo­nowali, by go ukrył. Młody szeregowy sycił się urokiem kopaliny. Tak pięknie zmieniała swe barwy w sztucznym świetle - opowiada Janusz Śliwiński.  Długo jednak nie cieszył się jej widokiem. Ran­kiem oficer wezwał go do dowódcy. Czekała już na niego żandarme­ria. Po południu stanął przed sądem wojskowym we Wrocławiu oskarżony o "grabież mienia  narodowego i sabotaż przeciwko ZSRS". Rozprawa trwała kwadrans. Żołnierzowi nie pozwolono się w ogóle odzywać, nie zapewniono mu też obrony. Dostał piętnasto­letni  wyrok i po trzech tygodniach podróży, w bydlęcych wagonach i na barkach, znalazł  się w sowieckiej Kołymie. Przez osiem lat kopał urobek w węglowych chodnikach.

               Stefan Morawski marzył o tym, by zostać żołnierzem.Ucie­szył się więc, kiedy w 1950 roku dostał wezwanie do jednostki woj­skowej w Legionowie. Obojętne mu było, kto w Polsce rządzi. Re­krut

w pełni akceptował istniejący wówczas ustrój, ale nie zrozumiał jeszcze, dlaczego ma uczyć się życiorysów  bohaterów armii sowiec­kiej. Na jednym ze szkoleń politycznych oburzony zapytał  o to poli­truka. Następnego dnia radziecki dowódca polskiej jednostki kazał mu  wystąpić przed szereg kompanii i powiedział: "Popatrzcie, oto wróg  klasowy". I z takim przydomkiem już po kilku dniach wydo­bywał uran w Kowarach. -  Tłukliśmy kilofami potężne skały i wrzu­caliśmy do ołowianych beczek. Ruscy plombowali beczki i wywozili w  nieznanym kierunku. Sześciu żołnierzy z bronią eskortowało jedną ciężarówkę.Przed promieniowaniem nic nas nie chroniło. Mieliśmy zwyczajne drelichowe ubrania, gumowe buty, czasami jakieś rękawice. Dziennie wydobywaliśmy  kilkadziesiąt ton tego kamienia. Warunki na dole były bardzo ciężkie. Chodziło o jak największe wydobycie, więc nikt się nami nie przejmował. W 1951 roku zginęło ośmiu  naszych kolegów. Napisano im w aktach: "Ku chwale Ojczyzny".Dochodziło często do wypadków. Trafiali chwilowo do szpitala i później wracali  do jednostki - opowiada Giemza. - Nawet jeśli któryś z chłopaków był częściowo sparaliżowany albo z obciętą nogą czy ręką, to i tak pracował. Tylko na lżejszym stanowisku. Cza­sem robili nam badania lekarskie. Ale nikt nam nigdy nie mówił o promieniowaniu skał. Sądzili zapewne, że żaden z nas żywy z tych kopalń nie wyjdzie. W niektórych jednostkach odmawiano pracy. Zdarzały się nawet bunty.Okazywało się wówczas, że sami wyrazili zgodę na przedłużenie służby. Prawda była jednak taka, że "w ich imieniu" oficerowie pisali zobowiązania. A szeregowcy podpisywali, ponieważ mówiono im, że jest to zobowiązanie do pracy w niedzielę. Kilkuset zbuntowanym wytoczono procesy za wystąpienia "prze­ciwko  obronności i sojuszom".

Bataliony zlikwidowano po dojściu Gomułki do władzy.Nie zniknęły one jednak z polskiej rzeczywisto­ści całkowicie. W o wiele łagodniejszej  formie istniały, jako jed­nostki Obrony Terytorialnej Kraju, do końca PRL.

Ogółem żołnierze batalionów pracy byli zatrudnieni w 60 kopalniach Dolnego i Górnego Śląska oraz zachodniej Małopolski. W szczyto­wym okresie w 1956 r. w WKG znajdowało się około 35 000 żołnie­rzy. Do czasu rozwiązania przez bataliony przeszło około 200 tysięcy żołnierzy-górników.

Około 1000 z nich zginęło.

                                                                                                 Mateusz Wyrwich.

 

  • 10-300
  • 11-300
  • 13-300
  • 14-300

  • 15-300
  • 16-300
  • 17-300
  • 18-300

  • 19-300
  • 2-300
  • 21-300
  • 22-300

  • 23-300
  • 24-300
  • 25-300
  • 26-300

  • 27-300
  • 28-300
  • 29-300
  • 3-300

  • 30-300
  • 300
  • 31-300
  • 4-300

  • 5-300
  • 6-300
  • 8-300
  • 9-300

  • tablica

Simple Image Gallery Extended